Polityk PO Mirosław Bukiewicz dostał posadę w państwowej Agencji Nieruchomości Rolnych, bo podobno jest dobrym specjalistą od sprzedaży. Innego zdania jest sąd, który orzekł niedawno, że Bukiewicz jako właściciel biura nieruchomości działał na szkodę swojego klienta
Mirosław Bukiewicz jest szefem radnych Platformy w zielonogórskim ratuszu. To kolejny polityk PO, który znalazł pracę w gorzowskim oddziale ANR.
Przypomnijmy. W ub.r. szefem terenowego oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych został Tomasz Możejko, ówczesny sekretarz lubuskiej Platformy. Możejko wygrał konkurs na to stanowisko, chociaż miesiąc wcześniej komisja rekrutacyjna uznała, że nie ma kwalifikacji. W maju ANR opublikowała listę kandydatów, na której był m.in. Możejko, nauczyciel ze Świebodzina. Jak dowiedziała się wtedy "Gazeta", miał być pewnym kandydatem na szefa lubuskiego oddziału ANR po tym, jak okazało się, że o obsadzie tego stanowiska nie będzie decydować PSL, a PO. W czerwcu kandydaci przeszli rozmowy kwalifikacyjne i żaden nie otrzymał rekomendacji komisji rekrutacyjnej na stanowisko dyrektora oddziału ANR w Gorzowie. W tym samym miesiącu ogłoszono drugi nabór i komisja rekrutacyjna rekomendowała Możejko. 5 sierpnia prezes ANR powołał go na stanowisko.
Możejko to zaufany człowiek poseł Bożenny Bukiewicz, szefowej lubuskiej PO. W kwietniu ub.r. dorobił się pseudonimu "komisarz", po tym jak na sesji sejmiku "monitorował" głosowanie radnych nad odwołaniem wicemarszałek Elżbiety Płonki (PiS). Zdaniem posłów opozycji, kartki do głosowania, jakie mieli radni PO, były znaczone, a podczas samego głosowania sekretarz Możejko złamał zasadę tajności. Chodził między radnymi i patrzył, kto jak głosuje.
Teraz pracę w zarządzanej przez niego Agencji dostał mąż szefowej Platformy w regionie Mirosław Bukiewicz. Możejko nie chciał na ten temat rozmawiać z "Gazetą". Odesłał nas do rzecznika ANR.
W konkursie, w którym wystartował Bukiewicz, brały udział trzy osoby. Pierwsza odpadła w przedbiegach. Nie udokumentowała wymaganego pięcioletniego doświadczenia zawodowego. Drugi kandydat, Marek Pawliczak odpadł w kolejnym etapie. - Jego doświadczenie nie było zgodne z naszymi oczekiwaniami. Był związany z inną branżą - tłumaczy Cyryl Hurka, kierownik sekcji organizacyjno-prawnej w gorzowskiej ANR. Jaką? - Księgarską.
Etat głównego specjalisty w sekcji Gospodarowania Zasobem i Nadzoru Właścicielskiego, który przypadł Bukiewiczowi, dopiero powstał. - Etat zwolnił się w dziale windykacji. Pracownik przeszedł na emeryturę. Jednak uznaliśmy, że ważniejszym problemem jest sprzedaż nieruchomości. Ta nie jest realizowana zgodnie z planem, tak zresztą jak w samorządach i innych jednostkach, postanowiliśmy wesprzeć w tym placówkę zielonogórską - tłumaczy Hurka. Wysokości wynagrodzenia Bukiewicza nie zdradza.
Dobrego zdania o Bukiewiczu nie ma Eugeniusz Kubiś, szef szkoły nauki jazdy Motorex. - Zawiodłem się na nim jako na biznesmenie i na człowieku. Jeśli nie można ufać radnemu, to komu? - pyta Kubiś, który uważa, że został oszukany przez biuro nieruchomości Locum, które radny przez wiele lat prowadził z żoną. Ma na to dowody. Ponad tysiąc stron pism sądowych i ostateczny wyrok z marca tego roku, który przyznaje mu rację.
Bukiewicz zawarł umowę pośrednictwa sprzedaży działki z Zielonogórskim Szkolnym Związkiem Sportowym (Zryw). Zastrzegł w umowie wyłączność na sprzedaż nieruchomości. Wyasfaltowany i oświetlony plac manewrowy o powierzchni blisko 2,5 tys. m, w pobliżu starej Winiarni, miał zostać początkowo sprzedany za 600 tys. zł, a ponieważ nie cieszył się zainteresowaniem, cenę obniżono do 400 tys. zł.
Gdy w grudniu 2006 r. do władz Zrywu zgłosił się Kubiś, usłyszał, że formalności kupna terenu może dokonać w biurze Locum. Kubiś i Bukiewicz zawarli umowę na czas nieokreślony. Radny zobowiązał się pośredniczyć w sprzedaży ziemi. Kubiś chciał się jednak potargować ze Zrywem. Za działkę dawał od ręki 270 tys. zł., ale Zryw był nieugięty. Po dwóch miesiącach władze związku zmieniły zdanie. Stowarzyszenie miało kłopoty finansowe, po piętach zaczął im deptać komornik. Zarząd szybko zdecydował o sprzedaży placu, by pokryć długi. Spuścił z ceny, wystawiając plac za 100 zł za metr kwadratowy (ok. 240 tys. zł).
Ale kiedy Kubiś chciał go kupić, usłyszał, że Zryw dostał już "lepszą" ofertę. Szybko okazało się, że ani oferta nie była lepsza (bo dokładnie taka sama), ani nie złożył jej żaden konkurent, a właściciel biura Locum, który miał przecież działać w interesie Kubisia. Bukiewicza nadal obowiązywała umowa na pośrednictwo w sprzedaży placu. Radny ani myślał wypuszczać cennego kąska z ręki. Dlaczego? Plac jest dziś wart kilkakrotnie więcej, bo zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego można postawić na nim sześciokondygnacyjny budynek. O takie miejsca w centrum trudno.
Bukiewicz nie zareagował na wezwania do odstąpienia od umowy. Kubiś wytoczył mu proces i wygrał. Sąd Okręgowy w Zielonej Górze nakazał zapłacić Bukiewiczowi 270 tys. zł (na tyle wyceniono straty, jakie poniósł Kubiś). Sąd apelacyjny podtrzymał wyrok, ale obniżył kwotę odszkodowania o kilkadziesiąt tysięcy złotych (razem z odsetkami to ponad 250 tys. zł). Kubiś nie daje za wygraną, uważa, że Bukiewicz powinien mu oddać dużo więcej. Złożył wniosek o kasację wyroku.
|