Ciąg dalszy sprawy odwołanego z zielonogórskiego Urzędu Marszałkowskiego Radosława Flügela, dyrektora Europejskiego Funduszu Społecznego. Po artykule "Gazety" w którym opisaliśmy pierwszy, zwycięski na Flügela, wyrok w sądzie pracy marszałek przesłał oświadczenie
Przypomnijmy. Radosław Flügel nadzorował Departament EFS w Urzędzie Marszałkowskim w Zielonej Górze. Marszałek Marcin Jabłoński odwołał go na początku maja br. Tłumaczył, że inaczej wyobrażał sobie działanie EFS. Swojemu dyrektorowi zarzucał nieskuteczność. Z kolei na łamach "Gazety" odwołany dyrektor opowiadał, jak z jego perspektywy wyglądała praca w urzędzie. - Biorąc pod uwagę okoliczności rozstania się z marszałkiem, postanowiłem złożyć sprawę do sądu pracy. W pozwie napisałem, że wnoszę o uznanie wypowiedzenia za bezskuteczne, nie określając jednocześnie żądania. Odbyła się pierwsza i ostatnia, jak się okazało, rozprawa w sądzie rejonowym. Udowodniłem, że wbrew temu co marszałek mówi, lakoniczne stwierdzenie: "utrata zaufania pracodawcy" nie jest żadnym powodem do wypowiedzenia umowy, tylko stwierdzeniem wytrychem - tłumaczył Flügel.
Rozprawa odbyła się pod koniec lipca. Na razie urząd wypłacił jedną trzecią zasądzonej kwoty (taka była klauzula wykonalności) i złożył apelację.
Oświadczenie marszałka Marcina Jabłońskiego
W związku z treścią artykułu pt. "Flügel: Sąd pracy przyznał mi rację" opublikowanego w "Gazecie Wyborczej" dnia 25.09.2009 r. chcę stanowczo oświadczyć, że wypowiedzi pana Radosława Flügla są kolejnym dowodem na słuszność podjętej przeze mnie decyzji o zwolnieniu go ze stanowiska dyrektora Departamentu Europejskiego Funduszu Społecznego w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Lubuskiego.
Wbrew temu, co mówi były dyrektor - znam zasady rozwiązywania umów o pracę. Wierzyłem jednak, że z panem Flüglem będę mógł się porozumieć jak z dżentelmenem. Przy świadkach umówiliśmy się, że wypowiedzenie nie będzie zawierało uzasadnienia jego nieudolności w kierowaniu departamentem, bo inaczej utrudniłoby mu to podjęcie pracy. Dzięki takiemu rozwiązaniu miał nie kierować sprawy zwolnienia do sądu. Jednak pan Flügel złamał te zasady. Takie postępowanie charakteryzuje człowieka pozbawionego honoru.
Na jednoznacznie negatywną ocenę jego pracy wpływ miała nie tylko moja prywatna opinia, ale przede wszystkim wyniki wielu profesjonalnych rankingów Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, w których województwo lubuskie pod względem realizacji Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki od wielu miesięcy zajmuje ostatnie miejsce w skali kraju. Skuteczne wdrażanie wspomnianego programu uważam za strategiczne z punktu widzenia interesów i przyszłości województwa.
Do tego jak wielkiej wagi jest kierowanie departamentem wdrażającym Program Operacyjny Kapitał Ludzki pokazuje "Diagnoza społeczna 2009" wykonana na zlecenie "Gazety Wyborczej". Pomimo zupełnie przyzwoitych wskaźników dotyczących poziomu cywilizacyjnego, pod względem jakości życia i zadowolenia z niego, województwo lubuskie znajduje się obecnie na ostatnim miejscu. Nie mam wątpliwości, że gdyby inaczej skonstruowano założenia POKL, a następnie sprawnie je realizowano, sytuacja ta wyglądałaby znacznie lepiej.
Ranga stanowiska, jakie piastował pan Radosław Flügel zobowiązywała do profesjonalnego, odpowiedzialnego i dynamicznego działania. Widząc jego nieudolność, byłem zmuszony do stanowczej interwencji.
Marcin Jabłoński, marszałek województwa lubuskiego
Odpowiedź Radosława Flügla
W związku z opublikowaniem oświadczenia marszałka dotyczącego artykułu pt. "Flügel: Sąd pracy przyznał mi rację" uprzejmie proszę o opublikowanie wyjaśnień: Otóż podczas wręczania mi wypowiedzenia, w dniu 5 maja br., nie doszło do żadnej dżentelmeńskiej umowy między mną a marszałkiem, dotyczącej braku uzasadnienia w tym dokumencie. Wypowiedzenie (skan w załączeniu) faktycznie wygląda żałośnie i przedstawia obraz profesjonalizmu marszałka i jego służb, ale "mistrz świata w administracji" dowiedział się o konieczności szczegółowego uzasadniania takich decyzji z mojego pozwu, a potem z uzasadnienia wyroku. Po prostu jako człowiek przeraźliwie butny i arogancki, mniemał, że wystarczająca jest jego wola. Tym samym udowodnił, że nawet czynności, które pasjami lubi (a więc zwalnianie ludzi), nie umie przeprowadzić profesjonalnie.
Oświadczam - podczas rozmowy nie było mowy o braku uzasadnienia, pan Jabłoński zacytował, że powodem jest utrata zaufania pracodawcy, pokazał mi kopie naszych pism wysłanych jednego z beneficjentów ze Słubic z negatywną oceną wniosków, wskazując, że w obu pismach częściowo treści się powtarzają, więc, że departament źle pracował, bo pisaliśmy rzekomo pisma na zasadzie kopiuj - wklej. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że w obu pismach z negatywną oceną wniosku treści musiały się powtórzyć, ponieważ beneficjent wezwany pierwszym pismem do usunięcia błędów nie zrobił tego, więc drugie pismo m usiało powtórnie wskazać te same błędy. Niestety Pan Jabłoński nie zwykł słuchać, więc moje tłumaczenia nie odniosły żadnego skutku. Poza tym pokazanie tych pism nie miało na celu wyjaśnienia czegokolwiek, wypowiedzenie już było wręczone, chodziło raczej o to, by całej tej "ceremonii" próbować nadać charakter w miarę poważny. Niestety, odniosło to skutek odwrotny, bo nie mając pojęcia o procedurze oceny wniosku systemowego, pokazując pisma, które raczej wskazywały na trudną materię i były sporządzone prawidłowo - marszałek kolejny raz skompromitował się. Kiedy zorientował się, że te pisma to "lipa" począł mówić o zasadzie pomocniczości, która w jego mniemaniu (sic!) oznacza pomaganie beneficjentom, w taki sposób, by wręcz wyręczać ich, jeśli sobie nie radzą. Pozostając z nadzieją, iż marszałek posiądzie kiedyś wiedzę, czym faktycznie jest zasada pomocniczości, pragnę zauważyć, że wyręczanie 1500 beneficjentów programu w ich podstawowym obowiązku, a więc prawidłowym sporządzeniu wniosku aplikacyjnego jest awykonalne. Tym niemniej po czasie muszę złożyć samokrytykę - nie zachowałem czujności rewolucyjnej : 1500 beneficjentów wyręczać nie sposób, ale niektórych, ze Słubic...
Reasumując : nieprawdą jest, jakoby wypowiedzenie świadomie nie posiadało uzasadnienia, sugerowanie, że ten błąd był wynikiem umowy między nami i to popełnianej dla mojego dobra jest konstrukcją tyleż efektowną, co całkowicie kłamliwą. Wyraźnie artykułowałem, że wypowiedzenie uznaję za nieuzasadnione, niesłuszne i niesprawiedliwe, a przecież, jeśli miałbym być stroną rzekomej umowy, musiałbym uznać, że marszałek ma powody do zwolnienia mnie i wspaniałomyślnie ich nie wyjawi w wypowiedzeniu. Nic takiego nie miało miejsca!
W odróżnieniu od marszałka słowa dotrzymuję i nie złamałem żadnych zasad. Na nic się nie umawialiśmy, a rozmowa odbyła się nie "przy świadkach", a przy jednym świadku - Dyrektorze Urzędu - Panu Andrzeju Świdrze (przy okazji współczuję Panu Dyrektorowi rozdarcia jakie musi przeżywać między lojalnością, obowiązkiem, a prawdą). Jeśli taka dżentelmeńska umowa istniałaby, to dlaczego podczas rozprawy oraz w pismach procesowych marszałek i jego pełnomocnicy nie wspomnieli o niej ani słowem? Oczywiście znam powody tego bajkotwórstwa pana marszałka - nie umiejąc przyznać się do błędu stworzył wyimaginowaną historię, dzięki której każdą przegraną w sądzie mógłby tłumaczyć nie własną, żałosną, postawą, tylko moim niehonorowym złamaniem, nieistniejącej, dżentelmeńskiej umowy. Zadziwiające, że aby tylko nie przyznać się do winy brnie w łgarstwa. Pan marszałek mierzy ludzi swoją miarą i sądzi, że owa historia jest wysublimowaną zagrywką pokerową, tymczasem intencje tych kłamstw są tak jasne, że aż żal. Niestety, ów misterny plan, poza tym, że zbudowany na nieprawdzie posiada również (kolejny) zasadniczy błąd logiczny : otóż twierdzenie, że owa dżentelmeńska umowa miała nie dostarczać wiedzy nowemu pracodawcy o moim idiotyzmie i nieudolności poprzez brak uzasadnienia w wypowiedzeniu jest śmieszne, bowiem każdy nowy pracodawca dowiedziałby się o sposobie rozstania z urzędem tylko ze świadectwa pracy, a nie wypowiedzenia! A w świadectwie jest podana tylko forma rozwiązania umowy, a więc w tym przypadku "ze strony pracodawcy z trzymiesięcznym wypowiedzeniem".
To pan Jabłoński podczas rozmowy stwierdził, że jeśli zachowam się poprawnie, czyli nie pójdę do sądu, będzie miał dla mnie ciekawą, intratną propozycję pracy i wyjawi mi ją po upływie tygodnia, a więc po terminie ewentualnego złożenia pozwu. Sześć dni po wręczeniu mi wypowiedzenia, a więc 11 maja rozmawialiśmy drugi raz, chciałem sprawdzić czy marszałek rzeczywiście będzie miał dla mnie jakąś propozycję, ale zgodnie z przewidywaniem, "wił się jak piskorz", kluczył, wycofywał się, mówił, że może, kiedyś, jeśli będą warunki... Innymi słowy grał na czas, znowu mijając się z prawdą... Słowa pana Jabłońskiego o moim braku honoru pozostawiam bez komentarza, choć budzą moje politowanie. Wszak zestawienie nazwiska Marcin Jabłoński i słowa honor zwykło się w języku polskim nazywać oksymoronem.
Z satysfakcją przeczytałem, że "skuteczne wdrażanie wspomnianego programu (PO KL) uważam za strategiczne z punktu widzenia interesów i przyszłości województwa". Dziękuję, że dostrzegł pan marszałek wagę naszej pracy. Szkoda jednak, że dochodzenie do takich wniosków, choć oczywistych, zajęło panu ponad rok. Co najmniej kilkakrotnie bezpośrednio i permanentnie pośrednio wskazywałem na rangę i istotę wdrażania programu w kontekście ciągłego, świadomego i z premedytacją, nietworzenia warunków organizacyjno- kadrowych, mimo posiadanych zasobów, środków i możliwości (w razie potrzeby służę sygnaturami moich pism, kierowanych do marszałka). Marszałek Jabłoński od początku stosował polityką obstrukcji wobec mnie i departamentu; sądzę, że robił to z dwóch powodów, niechęci do mnie (choć jej genezy nie znam) oraz z ważniejszego : chęci osłabiania koalicjanta. Dlatego, jeśli, drodzy beneficjenci, mieliście problemy związane z realizacją projektów, ciągłym przedłużaniem terminów ocen wniosków, wniosków o płatność etc. najłatwiej pomyśleć, że było to wynikiem mojej wrodzonej indolencji i niesprawności. Tym czasem faktycznie był to wynik politykierstwa pana marszałka, który za nic miał potrzeby beneficjentów, ważniejsze były cele polityczne, nawet jeśli na miernym poziomie intelektualnym.
Akapit dotyczący diagnozy społecznej w kontekście PO KL kolejny raz pokazuje, że pan Jabłoński próbuje stosować retorykę, która sprawia wrażanie, że zna materię, o której mówi. Niestety, o EFS i PO KL pan marszałek wie niewiele, a opowieści w takim stylu : "nie mam wątpliwości, że gdyby inaczej skonstruowano założenia POKL, a następnie sprawnie je realizowano, sytuacja ta wyglądałaby znacznie lepiej" całkowicie obnażają braki edukacyjne w tym zakresie. Po raz kolejny marszałek mówi ładnie, ale słowa te nic nie znaczą. Oczywiście zakładam, że marszałek nie musi znać meandrów EFS-u, ale miarą przyzwoitości jest słuchanie ludzi, którzy tę wiedzę posiadają. Nigdy tego zaszczytu (ani moi współpracownicy) ze strony pana Jabłońskiego nie dostąpiłem.
Uprzejmie proszę o opublikowanie tegoż listu, wszak marszałek, wykorzystując potężny aparat administracyjny oraz stronę internetową województwa łatwo może dotrzeć z nieprawdziwym przekazem do opinii publicznej, mi pozostaje jedynie czwarta władza. Z poważaniem Radosław Flügel
|